 |
Jesteśmy grupą pasjonatów, przyjaciół, którzy pragną sobie pomagać i wspólnie się bawić. Dołącz do nas i baw się z nami !!! |
| Dowiedz się więcej >> |
| |
 |
|
 Za nami VII już zlot Klubu Suzuki Polska. Tym razem gościła nas Warka i jej okolice. Pierwsze załogi klubowe dotarły do bazy zlotu juz we środę 2 czerwca wieczorem. Dużo więcej osób pojawiło się następnego dnia rano, ponieważ czwartek był pierwszym dniem, w którym przewidziano atrakcje dla zlotowiczów. Pierwsze powitania z dawno nie widzianym klubowiczami, poznanie nowych, którzy do nas dołączyli od ostatniego spotkania oraz wymiana informacji, co u kogo się zmieniło zarówno w życiu jak i sprzęcie zajęły większą cześć poranka. Po obiedzie samochody 4x4 wyruszyły na trasę roadbooka na południe od Warki. Oczywiście nikt nie został w bazie, bo załogi "płaskich" znalazły gościnne miejsca w autach 4x4. W ten sposób wszyscy mogli poznać jak to jest "w terenie". Trasa prowadziła ogólnie dostępnymi drogami, które jednak z uwagi na duże opady stanowiły spore wyzwanie dla naszych dzielnych Suzuk. W niektórych miejscach było bardzo dużo wody i wrażenia zbliżone bardziej do pływania łodzią motorową niż jazdą samochodem. Mimo tego wszyscy wrócili bez strat, jeśli nie liczyć tradycyjnie już utopionej tablicy rejestracyjnej. Taki wynik wyprawy zawdzięczamy dobremu przygotowaniu aut oraz sporym już umiejętnościom większości uczestników doskonalonym podczas wielu poprzednich spotkań klubowych. Załogi stawiające pierwsze kroki w terenie mogły jak zawsze liczyć na troskliwą opiekę i pomoc bardziej doświadczonych klubowiczów. Wielu z nas pamięta ten pierwszy raz kiedy nam ktoś z Klubu pokazał jak sobie radzić w terenie i staramy się to przekazywać dalej. Dzień pełen wrażeń zakończyła kolacja i zabawa integracyjna. W piątek od rana wszyscy wyjechali na trasę turystyczną przeznaczoną początkowo tylko dla załóg „płaskich” niemniej jednak dołączyli wszyscy chcąc się zapoznać z urokami okolic Warki. Trasa wiodła między innymi przez Dwór w Winiarach, w którym znajduje się Muzeum Kazimierza Pułaskiego. Zlotowicze mieli okazję zapoznać się również z pięknym parkiem okalającym Dwór w Winiarach. Jest to jedno z najbardziej urokliwych miejsc w Warce. Bardzo ciekawym punktem programu było też zwiedzanie Skansenu Bojowego 1 Armii Wojska Polskiego w Mniszewie. Powstał on dla upamiętnienia walk w 1944 na przyczółku Warecko-Magnuszewskim. Dzięki tej wizycie miejsce to znane większości zlotowiczów głównie z „Czterech Pancernych” i bitwy pod Studziankami przestało być tylko tematem z filmu i książek historycznych. Po południu ekipa 4x4 postanowiła odkryć nieznane wcześniej warianty roadbooka z Auto Świat 4x4, wykorzystanego pierwszego dnia zlotu i wyruszyła ponownie na trasę. Było jeszcze więcej wody niż poprzednio. Było też wiele nowych wrażeń szczególnie dla dzielnych fotografów, którzy nie bacząc na trudne warunki dokumentowali wyczyny załóg często stojąc prawie po pas w wodzie. Wszyscy wrócili bardzo szczęśliwi – głównie z dobrze wypłukanych podwozi swoich Suzuk. Na zakończenie dnia w piątek wiele rozmów i trochę zabawy – nieco krótszej niż pierwszego dnia, bo przecież trzeba było się dobrze przygotować do sobotnich atrakcji. Sobota rozpoczęła się od wyjazdu kolumną na tereny popoligonowe niedaleko Góry Kalwarii gdzie czekał nas całodniowy piknik. Widok kilkudziesięciu samochodów jadących razem zawsze robi wrażenie zarówno na uczestnikach zlotu jak i na wszystkich, którzy to oglądają. Na pikniku dojechało do nas jeszcze wiele załóg, które z różnych względów nie były w stanie być z nami cały czas. Dzięki temu powiększonemu gronu, zabawa była jeszcze lepsza. Atrakcji było co niemiara i każda załoga musiała zaliczyć udział w każdej z nich aby mieć szansę na wygranie zlotu. Konkurencje takie jak „pijany Jimny”, „pajączek” i „rowerki” wystawiły na ciężką próbę zarówno współpracę zespołową jak i też koordynacje ruchową wszystkich uczestników. Wielu się przekonało, że most linowy i tyrolka to są bardzo łatwe rzeczy, ale tylko w filmach akcji... Połączeniem wrażeń z lotów kosmicznych oraz sauny był zorbing, który wymagał wiele wysiłku nie tylko od osoby zamkniętej w wielkiej kuli, ale też wszystkich, którzy próbowali ją zatrzymać. Przy tym wszystkim strzelanie wydawało się naprawdę proste. Kto chciał, mógł też zobaczyć jak wygląda świat z pokładu Monster Trucka lub też sprawdzić swoje kwalifikacje w jeździe terenowej Jimnym lub quadami. Załogi 4x4 miały też to co tygrysy lubią najbardziej czyli połączenie roadbooka z odcinkiem specjalnym. Nieco ponad 5 kilometrowa trasa wymagała precyzji prowadzenia auta, spostrzegawczości przydatnej przy znajdowaniu pięczątek oraz sprawności biegowej pilota. Nie zabrakło również zadań z pierwszej pomocy – można było zobaczyć i poćwiczyć zachowanie w trudnych sytuacjach, które mogą się przecież zdarzyć każdemu. Bardzo techniczną konkurencją była zmiana koła Grand Vitary na czas. Najlepsi z nas robili to w czasie około 2 i pół minuty – mniej więcej 60 razy wolniej niż zmiana 4 kół w formule 1. Wydaje się, że jest jeszcze sporo miejsca do poprawy. Wszyscy głodni i zmęczeni mogli znaleźć schronienie w pobliżu kuchni polowej gdzie czekała grochówka, pieczone kiełbaski oraz inne potrawy pozwalające nieco zregenerować siły. Niezależnie jednak od tego wsparcia dużo ruchu oraz słoneczna pogoda zrobiły swoje i późnym popołudniem większość z nas powoli kończyła wszystkie konkurencje. Około 17 tej nadszedł zatem czas na podsumowanie całego dnia, wyłonienie zwycięzców oraz rozdanie nagród. Były też podziękowania dla organizatorów i sponsorów tego naprawdę udanego dnia. Po posprzątaniu terenu, aby został w takim stanie jak przed imprezą wszystkie załogi zlotu wróciły do bazy w Warce. Po kolacji rozmów i dyskusji było wiele - podsumowanie zlotu, plany na przyszłość, następne spotkania, wyprawy wakacyjne i co możemy jeszcze razem zrobić? Wiele z tych wymian poglądów zakończyło się o świcie. Niedziela rano to dla większości z nas ostatnie godziny zlotu. Po kilku dniach razem poczuliśmy się jedną rodziną, a tu już trzeba się rozstać. Ostatnie wymiany telefonów, umówienia się na następny raz i wsiadamy do swoich aut. Jeszcze jedno spotkanie za nami, ale lżej się znosi pożegnania jeśli wiadomo, że się znowu zobaczymy, a tak przecież będzie bo przygotowania do następnego zlotu już się rozpoczęły... zobacz zdjęcia >> |
 W programie pikniku min: - quady
- rowery czteroosobowe
- jazda samochodem terenowym Suzuki Jimny
- Monster Truck
- Zorbing
- konkurencje linowe
Wszystkich chętnych do wzięcia czynnego udziału w imprezie zapraszamy do namiotu organizatora w celu dopełnienia formalności. Wpisowe 60 zł (kierowca i pilot, następna osoba w załodze +10 zł) Zapraszamy także do kibicowania uczestnikom naszego pikniku |
Około godz. 9 zaczęliśmy się zjeżdżać do MrQuada – niektórzy przyjechali już dzień wcześniej i spędzili noc na słynnym gościnnym poddaszu u Mamuśki. Blizzard zaplombował wszystkie samochody zgłoszone do wyjazdu na trasę, rozdał roadbooki i…. wtedy dotarła do nas wiadomość o tragedii w Smoleńsku. Myślę, że w tym dniu, w pierwszych godzinach po katastrofie jeszcze wszyscy nie do końca zdawali sobie sprawę z ogromu tragedii narodowej – niektórzy z nas nie wierzyli w docierające tego ranka informacje, tym bardziej, że podawane wiadomości często były sprzeczne. Po wypiciu porannej kawy wyjechaliśmy wszyscy razem na miejsce, gdzie został wytyczony Odcinek Specjalny. Miejsce to przypominało wielką piaskownicę, urozmaiconą górkami i dołkami Szczegóły przejazdów są widoczne na zdjęciach, ale w swojej relacji nie mogę pominąć pierwszego, inauguracyjnego przejazdu bardzo zmotanego samuraja (ignorancik) , który pięknie się zawiesił w wykrzyżu na pierwszej pieczątce i jarekch, który utknął na środku piaskownicy (zawieszony na podwoziu z 4 kołami w powietrzu) w koleinach wyżłobionych przez takich wytrawnych „Lisów Pustyni” jak Michał z Patrola czy Hazel z Monster-Pathfindera. Bardzo widowiskowe były także przejazdy szahida i pięknej, czerwonej Vitary ze snorkelem w kolorze nadwozia. Po przejeździe wszystkich samochodów przez OS pojechaliśmy na trasę właściwego roadbooka o całkowitej długości prawie 70 km (w rzeczywistości było więcej, bo chyba każdy co najmniej raz pomylił drogę i musiał się wracać…). Tutaj też były niespodzianki: trzeba było znaleźć charakterystyczne obiekty pokazane na fotografiach i podbić dodatkowe pieczątki, zlokalizowane w takich miejscach, gdzie rzadko ktoś zagląda na piechotę a co dopiero wjeżdża samochodem… Koło godziny 15.00 wróciliśmy w miarę o własnych siłach do Mrquadowego Schroniska, gdzie czekało na nas ognisko i góra kiełbasek. Po zaspokojeniu pierwszego, drugiego i trzeciego głodu blizzard ogłosił publicznie wyniki rywalizacji. Wygrał oczywiście faworyt – cinusik, ale zaraz z tyłu na drugim miejscu deptał mu po kole zapasowym Hazel. Szczegółowe wyniki rywalizacji podano parę postów wcześniej. Potem zmęczeni uczestnicy powoli opuszczali gościnne progi MrQuada i Jego Rodziny… Niestety, to spotkanie, pomimo że przygotowe jak zawsze perfekcyjnie, nie było takie jak poprzednie. Świadomość tego, co wydarzyło się zaledwie kilka godzin wcześniej gasiła dobre humory i każdy powoli zdawał sobie sprawę z ogromu tragedii, jaka nas dotknęła… zobacz zdjęcia >> |
Zbyszku będzie nam Ciebie bardzo brakowało...Twojego spokoju, wiary i oddania. Pozostaniesz na zawsze w naszej pamięci.
zobacz zdjęcia >> |
 Zbiórka o 10.30 w Otwocku. Chwila na rozmowy, wypicie kawy, ostatnie przygotowania i o 11 wyruszamy do Bazy „Torfy” w Mazowieckim Parku Krajobrazowym. Tam jest początek trasy kuligu. Czekają na nas dwa „zaprzęgi”. W skład takiego zaprzęgu wchodzi koń mechaniczny, czyli Suzuki Jimny, para dużych czteroosobowych sanek i kilka mniejszych sanek. Trasa leśnymi duktami liczy ponad 20 kilometrów, pełnych śmiechu, zabawy, jak również wywrotek co wzbudza jeszcze większą radość. O 15.30 wracamy do Bazy „Torfy” gdzie przygotowano dla nas ognisko. Kiełbaski, bigoś, pomagają szybko zregenerować siły, a czekają na nas kolejne atrakcje. Zwiedzamy wystawę o miejscowej przyrodzie, wydawałoby się, że znamy środowisko, które nas otacza, a okazało się, iż spore problemy są z rozpoznaniem wielu gatunków fauny. Krogulec, kos, mazurek, nazwy znane, ale przyporządkować nazwę do ptaka już nie tak łatwo. Jeszcze spotkanie z żywym wilkiem i zbliżający się zmierzch przypomina nam, że czas wracać. Na najbardziej wytrwałych i żądnych wrażeń jest ekstremalna przejażdżka na pożegnanie. Po kilku minutach śmiałkowie wracają, widać po minach i strojach, że otrzymali sporą dawkę adrenaliny. Wracamy do Otwocka, zadowoleni, bez strat w ludziach i sprzęcie. Korzystając z gościnności organizatora i gospodarza możemy wspólnie spędzony czas przedłużyć do późnych godzin wieczornych. Tekst. Dariusz Pastor zobacz zdjęcia >> | |
|
|